|
Odrazu zaznaczam, że nie bedzie to edycja druga tematu 'Biblia a moralność'. Nie będę zwracał uwagi na zbrodnie które Bóg jakoby nakazał popełnic wswoim wyznawcom.
Chodzi raczej o naturę wiary jako takiej i, co następuje, Boga którego religie przedstawiają. Tak jak zazwyczaj to robię, dla wygody i porządku podzielę temat na punkty i podpunkty. Również dla wygody będę pisał o Bogu jako istniejącej istocie, chociaż będąc ateistą oczywiście w to nie wierzę.
Modlitwa
Pozostawmy na chwilę pytanie o skuteczność modlitwy, które zostało poruszone w innym temacie [który zresztą polecam]. Sprawa którą chciałbym poruszyć to sam cel modlitwy.
Każda głowna religia świata zaznacza, że Bóg, jakkolwiek by go nie zwać, chce naszych modlitw. Domaga się bycia czczonym przez nas. Niektóre religie naciskają na mocno sformalizowane i ustalone teksty modlitw - wielu współczesnych wierzących woli konstruować modlitwy samemu. Tak czy inaczej, pozostaje pytanie o sam cel modlenia się. CZas na podpunkty.
a) Bóg potrzebuje naszych modlitw.
Idea jak z książki fantasy. Bóg potrzebuej bycia czczonym i potrzebuje naszych modlitw aby trwa, czyli modląc sie de facto pomagamy mu, być może odwdzięczając mu się w ten sposób za jego dary. Myślę, ze praktycznie każdy, wierzący czy nie, zgodzi się z mną, zę to lekko absurdalna idea. Absurdalna, ale ciekawa, jak udowodnił Pratchett.
b) Bóg chce naszych modlitw.
Według innej teorii, Bóg może chcieć naszych modlitw, w geście strachu, miłości czy wdzięczności. Również ta idea wydaje mi się być nieco niepokojąca.
Jaka osoba chciałaby być czczona i zarzucana komplementami całe dnie i noce? Znamy takie osoby, niektóre gwiazdy stają się takie - i chyba nikt nie myśli o nich zbyt wysoko. Poza tym sama idea, że bezgranicznie potężny, bezgranicznie kochający Ojciec czuł jakąś przemożną chęć słyszenia naszych modlitw zdaje się byc nieco... dziwna.
c) Bóg chce naszych modlitw, dla naszego dobra.
Możnaby też stwierdzić, że być może Bóg, będąc bezgranicznie dobry, miłosierny, kochający etc, chce naszych modlitw tylko z względu na nasze dobro. Te założenie zazwyczaj wskazuje, jakoby modlenie się czyniło nas lepszymi ludźmi.
Chyba każdy zgodzi się, że to absurd. Osoba amoralna pozostanie osobą amoralną choćby modliła się bardzo regularnie, jak udowodnił chociażby Hitler. Chociaż nie da się zaprzeczyć, e w pewnych [rzadkich] wypadkach 'odnalezienie Boga' miało pozytywny wpływ na moralność niektórych ludzi, to raczej samo odnalezienie duchowości i moralności miało ten efekt, a nie oddawanie czci poprez modlitwę.
d) Modlitwa jest sposobem proszenia Boga o przysługi.
Jak wspomniałem na początku, postaram się ominąć kwestię skuteczności modlitwy i skupię się na innych aspektach sprawy.
Po pierwsze Bóg, będąc wszechmogącym i wszechwiedzącym, nie potrzebuje naszych modlitw aby wiedzieć czego chcemy i czego potrzebujemy - w reczy samej, już to wie, wiedział to zanim my wiedzieliśmy i w rzeczy samej wiedział to jeszcze zanim postanowił utworzyć wszechświat.
Ktoś mógłby odpowiedzieć, że Bogu nie wystarczy świadomość tego co chcemy/potrzebujemy, potrzebuje również naszego ukorzenia się i grzecznego poproszenia w formie modlitwy. Widzę z tym drobny problem. Będac wszechmogącym, Bóg wie czy nasza prośba jest szczera, czy my sami jesteśmy pobożni, dobrzy etc. Nie potrzebuje do tego modlitwy, która przecież jest tylko rytuałem króry może być odprawionym nawet przez najbardziej amoralne osoby wśród nas. Kolejny problem z tym stwierdzeniem odnosi się do wcześniejszego punktu: jeśli Bóg chce słyszeć nasze prośby w tak sformalizowanej, pokornej i błagalnej formie co mówi to o jego osobowości?
Nawet gdyby to co wcześniej napisałem zostało obalone, faktem jest, ze bardzo wiele modlitw ma na celu nie proszenie o 'przysługi', a sławienie jego imienia etc.
Wniosek
Chociaż, oczywiście, modłem nie pomyśleć o jakimś potencjalnym powodzie dla któego Bóg może chcieć naszych modlitw, sądzę, że chcoiażby częściowo wskazałem, że Bóg albo nie chce naszych modlitw, albo, jeśli chce, nie jest bynajmniej wzorem doskonałości.
Miłość
Sporo mówi się o miłości do Boga, Jezusa etc. On sam ma też kochać nas wszystkich. Czy to jednak ma sens? Czy możemy szczerze stwierdzić, ze ktokolwiek kocha Boga?
Aby stwierdzić to musimy najpierw zrozumieć nasze pojęcie słowa "miłość".
Spójrzmy an definicję miłości z wikipedii, tego chaotycznego zbioru wiedzy wszelkiej:
Miłość - złożone, trudne do zdefiniowania zjawisko, często utożsamiane z uczuciem, które przejawia się w relacji do drugiej osoby (lub obiektu), połączonej z silnym pragnieniem stałego obcowania z nią, czemu może towarzyszyć pociąg fizyczny do osoby będącej obiektem uczucia. Zwykle jest okazywana przez czynienie dla kochanej osoby dobra. Miłość często powoduje ból i cierpienie tak zwana "miłość nieodwzajemniona".
Definicja, a w zasadzie jej brak. Nic dziwnego, każdy z nas wie chyba, że te uczucie jest trudne do zdefiniowania. Dlatego aby zrozumieć naturę 'miłości' do Boga musimy najpierw spojrzeć na różne formy miłości wokół nas.
Kogo możemy kochać? Naszą dziewczynę/chłopaka/żonę/męża etc etc. Rodzinę. Niektórzy ogłąszają miłość do przyjaciół czy nawet zwierząt. Ba, większość z nas stwierdziła nieraz, że 'kocha' czekoladę, określony zespół, typ muzyki etc etc. Chociaż te rodzaje miłości mogą zdawać się diametralnie różne, prawie wszystkie dzielą te same charakterystyki.
Pomińmy narazie nasze ukochane przedmioty, zespoły czy telenowele i skoncentrujmy się na innych typach miłości.
Na czym polega miłość do aprtnera, członka rodziny czy przyjaciela? Możemy dorazu zidentyfikować dwie rzeczy, to jest zaznaczoną w wikipedii chęć przebywania z tą osobą najczęściej jak to możliwe oraz chęć czynienia dobra dla tej osoby. Wydaje się to oczywiste: o chłopaku który rzadko spędza czas z swoją dziewczyną i który nie robi dla niej nic powiedzielibyście, że jej nie kocha bez chwili wachania. Tak samo z córką, która nie odwiedza swoich rodziców i ignoruje ich prośby o pomoc w ciężkiej sytuacji.
Chociaż to nieco wykracza poza tę definicję, miłość do naszych ulubionych zwierząt jest bardzo podobna do powyższych. Ukochanego psa, kota, chomika czy cokolwiek innego lubimy trzymać przy sobie jak najczęściej, głaskać to, drapać za uszami i w ogle dbać aby owe zwierzę było zdrowe i zadowolone. Właściciel który zaniedbuje swoje zwierzę w sposób oczywisty nie kocha go.
Miłość do zespołów muzycznych, posiłków, samochodów etc? Możemy chyba jasno stwierdzić, że to nadużycie tego słowa i po prostu wyrażenie tego jak abrdzo lubi się dany obiekt. Więc precz z tym z naszej dyskusji.
Czy miłość do Boga dzieli jakąkolwiek z tych charakterystyk? Nie powiedziałbym. Nawet zagorzali teiści nie spędzają swoich godzin rozmyślając nad naturą Boga czy modląc się do niego - w rzeczy samej, poświęcają mu zdecydowanie mniej czasu niż zakochany poświęciłby swojej dziewczynie.
Poza tym sam Bóg jak przedstawiany przez różne religie nie wydaje się być zachęcającym do takiego rodzaju 'związku'. Jest całkowicie różny od nas, ludzi - bezbłędbny, wszechmogący, wszechwiedzący, wieczny, a nade wszystko tajemniczy. Nie jest to typ osoby z którą chcielibyśmy spędzać czas, chociażby dla tego, ze w swoim ogromie zdaje się być nieco zastraszający.
Czynienie dobra dla obiektu miłości? Oczywiście, nie możemy tego zrobić. Nawet ci teiści którzy wierzą, że Bóg chce naszych modlitw nie mogą, na logikę, tego stwierdzić. Bądź co bądź Bóg jest wszechmocny, nie potrzebuje więc naszej pomocy w niczym. Jakakolwiek miłość altruistyczna błaby w tym wypadku jednostronna - jako, ze teista musi założyć, ze chociaż on nie może nic zrobić dla Boga, on moze zrobić bardzo wiele dla niego.
I nie, pobożnośc i moralność nie zaliczają się do tej kategorii. To jest jedynie spełnianie poleceń czy też zaleceń obiektu naszej miłości - a musimy pamiętać, że nie spełnienie tych zaleceń wiąże sie z poważnymi konsekwencjami.
Wikipedia określa jeden z typów miłości jako Agape czy też Caritas, miłość bezinteresowną - to podobnież ma być najczęstsza forma miłości religijnej. Z tym również widzę kilka problemów.
Trudno, aby ta miłosć byłą całkowicie bezinteresowna kiedy jasno przedstawia nam się liczne nagrody za kochanie Boga. Oczywiście, jest to możliwe, ale wysoce nieprawdopodobne, moim skromnym zdaniem.
Po drugie, nawet fakt, że ta 'miłość' miałąby być bezinteresowna z naszej strony nie zmienai faktu, że brakuje jej charakterystyk cechujących naszą codzienną miłość.
Ktoś mógłby wskazać, że kochamy boga za wszystko co zrobił dla nas, za jego codzienne dary życia etc. Ale moim zdaniem to nie tyle miłość co silna wdzięcznosć i sentyment - tak jak do odległego wujka co roku przywożącego prezenty zza granicy. Po wyjściu z dzieciństwa trudno powiedzieć, abyśmy go kochaliw sensie strict, ale dalej czujemy do niego penwe ciepło, sentyment i wdzięcznosć za jego szczodrość. To, moim zdaniem, jest najbliższe do uczuć żywionych wobec Boga.
Prawie, ze już widzę kolejne stwierdzenie: że nasza miłość dla Boga jest unikalna, zupełnie różna od tej zarezerwowanej dla innych istot. Czy tak jest w rzeczy samej? Czyw twoim umyśle wyszktałciło się jakieś całkowicie nowe uczucie, arezerwowane tylko dla Boga? Logika wskazywałąby, że człowiek ma paletę podstawowych uczuć, różnie mieszanych i nie wydaje mi się, aby dla religii wykształciło się całkowicie nowe uczucie.
Kolejne, być może jeszcze ważniejsze pytanie: czy Bóg kocha nas?
Nie można zaprzeczyć, ze jest z nami cały czas, tak samo jak nie można tego potwierdzić. W rzeczy samej, jeśli przyjąć religijną doktrynę mówiacą, że jest on wszechobecny, Bóg JEST z nami cały czas.
ALe co z drugą z wymienionych przeze mnie charakterystyk: chęć czynienia dobra dla obiektu miłości?" Tu mam poważne wątpliwości. Bóg, jako, że stworzył wszystko, utworzył również Szatana, piekło, zło, kataklizmy, raka, efekty genetyczne etc. Mówi się, jakoby to wszystko miałoby być utworzone, ponownie, dla naszego dobra, aby odróżnić pobożnych od bezbożnych, moralnych od niemoralnych etc etc. Czy tak jest naprawdę?
Jak określilibyście rodzica, który np chowa przed swoim 3 letnim dzieckiem jedzenie gdzieś w zakamarkach domu, aby ten wykształcił inteligencję i spostrzegawczość? Być moze ejgo sposób działąłby perfekcyjnie i jego syn wyrósłby na śiwetnego człowieka - ale czy popieralibyście tę metodę, wiedząc, że dzieciak często obywa się bez posiłku? Chyba każdy z nas nazwałby takiego rodzicy amoralnym, nie mówiąc już o mocniejszych epitetach.
A co z matką, która pozwala dziecku dotknąć gorącej patelni, rozumując, że to ją nauczy ostrożności na przyszłość? Fakt, to nauczyłoby te dziecko i być moze zapobiegło poważniejszym wypadkom w przyszłości. Ale przeważająca większość z nas śmiało przyznałaby, że takie działanie jest amoralne i zwykle okrutne.
W rzeczy samej tak postępuje wobec nas Bóg. Jeśli wierzyć kapłanom, ma on na myśli nasze dobro i ostateczny cel. To może być prawdą. Ale faktem jest, że pozwalając aby te wszystkie nieszczęścia spadły na ludzkosć udowadnia, ze nie kocha nas. Nie udowadnia to, że nie zależy mu na dobru ludzkości, przeciwne może być prawdą - ale jasno wskazuje an to, że o miłości nie może być mowa.
Poza tym, po co te próby? Bóg, będąc wszechwiedzącym, wie jak one się skończą bez ich przeprowadzania. Jeśli czuje potrzebę osądzenia ludzkosćiw Dzień Sądu Ostatecznego, nie musi przeprowadzać symulacji na naszej nieszczęsnej rasie.
Epilog
Miałem zamair napisać znacznie więcej, ale zwyczajnie zmieniłem zdanie widząc jaką Wielką Ścianę Tekstu (tm) wypłodziłem. Mam nadzieję, zę wybaczycie mi wyprodukowanie takiego tasiemca.
Zaznaczam, że szukam dyskusji, powiedzmy, filozoficznej. Nie interesuje mnie nawracanie kogolwiek.
FEELINGS ARE BORING. KISSING IS AWESOME.
|
Juz jakis czas temu zastanawialem sie nad w/w nazwijmy to prawdami wiary, i doszedlem do podobnych wnioskow. Modlitwa to dla mnie w sumie jakas abstrakcja, moze zobrazuje swoje podejscie zartem ktory kiedys uslyszalem: jesli mowisz to Boga, jestes czlowiekiem wierzacym, jesli Bog mowi do ciebie - jestes schizofrenikiem. Jakos tak to lecialo. :E
Niemniej, klepanie ojcze nasz i zdrowasiek jest dla mnie tyle smieszne, co glupie. Formulka ulozona przez jakiegos kolesia mialaby mi w czyms pomoc? :E No fuckin' way. Pytalem kiedys czlowieka wierzacego o modlitwe, o to, ze jak 'mowie' o swoich problemach Bogu, to nic nie slysze z drugiej strony.  Wg niego (yo!), jest to wina zbyt slabej wiary badz nieumiejetnosci sluchania, cos w ten desen. Jak na razie, nie jestem schizofrenikiem, a zeby prawic sobie monologi w musku nie musze skladac rak i kleczec. Sam wiem dokladnie co mnie boli, i akurat nie widze zazwyczaj potrzeby dzielenia sie z tym kims, a tym bardziej... z sciana?
Co do milosci do Boga. Tez nad tym kiedys myslalem i pierwszy wniosek, do ktorego doszedlem brzmial 'jak moge kochac kogos, kogo nie znam?'. Typowa odpowiedzia byloby - wiec poznaj go! czytaj biblie! chodz do kosciola! modl sie! itd. ale te opcje akurat odpadaja. Miloscia (czy przyjaznia/kolezenstwem) moge obdarzac kogos za pomoc, za mila rozmowe, usmiech, zart, humor, fizys. Ale przeciez for fuck's sake, Chrystus zmarl za nas na krzyzu! Tutaj tez w swietle moich pogladow taki typowy tekst majacy sklonic mnie do wiary, czy refleksji nad moja rzekoma glupota nie dziala. Pyk.
Powiedzialbym, ze tylko ludzie, ktorzy nie zastanawiaja sie glebiej nad tym wszystkim, a uznaja za pewnik to co mowi kosciol i pismo nie martwia swej dupy zwracaniem uwagi na tak fundamentalne sprawy wiary. Albo maja jakis swoj wlasny, dziwny - dla mnie - system wartosci. Albo po prostu nie chca odrzucac czegos, co jest z nimi dlugo (mohery?:E).
Hey Ho! To the bottle I go,
To heal my heart and drown my woe,
Rain may fall, and wind may blow.
But there still be... many miles to go.
Sweet as the sound of the pouring rain,
Or the stream that falls from hill to plain,
Better than rain or rippling brook,
Is a mug of beer inside this Took!
|